Nie wierzymy w ideały

Biografię Hessego mam od dawna, ale dopiero kilka dni temu postanowiłam do niej zajrzeć. Noblista, Niemiec w chory sposób zafascynowany ogniem, lubił naturę i wędrówki nago, wszyscy mężczyźni z rodu Hesse byli pisarzami, był ciągle chory. Albo doskwierały mu choroby ciała, albo ducha. Ulegał atakom histerii, próbował się zabić, poznał od wewnątrz zakład dla umysłowo chorych, całe życie był wewnętrznie rozdarty – co by to nie znaczyło.
 
Obraz pisarza mało atrakcyjny, przynajmniej dla mnie.
 
Rosjan uważał za dzikusów, dostało się także Dostojewskiemu, mimo, że „walczył” o równe prawa dla wszystkich narodowości. Nie znosił Niemiec jako kraju. Ostatni raz jego noga stanęła na niemieckiej ziemi w 1936 i to tylko po to, aby udać się do okulisty – podaje booklips.pl. Mieszkał w Szwajcarii i nie wychylał nosa poza jej granice. W 1935 pisał do syna, że jest jedynym krytykiem niemieckim, który w magazynie Fishera omawia i poleca książki żydowskie. Jego matka była Żydówką, jego żona również. Nie był wrogo nastawiony do komunizmu, ale nie aprobował go tak bezkrytycznie jak wielu mu współczesnych intelektualistów i jak jego syn, z którym często się kłócił na ten temat. Uważał, że jego obowiązki jako pisarza leżą w sferze ducha, a nie polityki.
 
Twierdził, że jego teksty najlepiej rozumieją Japończycy, a najmniej Amerykanie. To się później zmieniło wbrew planom pisarza, nie wiem czy by mu się podobało, że hipisi obrali sobie go za guru, ale tak się stało.
W swojej sypialni miał na ścianie takie słowa:
„Zapewne, śmierć kończy nędzę żywota, / lecz żywych śmierć napawa trwogą. / Tak też wzdryga się serce przed miłością, / jakby mu miała grozić śmierć. / Tam bowiem, gdzie się budzi miłość, / umiera ja, wieczny despota”.
 
Zaniepokoiły one jego przyszłą żonę, choć powinny przerazić. Ich małżeństwo było bardzo trudne. Był odludkiem, a niekończące się ciche dni między małżonkami doprowadziły do tego, że porozumiewali się w domu za pomocą listów. Uwielbiał koty, które przysparzały sporo kłopotów, bo miały wybredny gust, co do posiłków, które rzecz jasna przygotowywała żona pisarza.
Czy pisarz musi być neurotycznym, despotycznym dziwakiem?
Myślę, że nie, chociaż często bywa.
 
Zastanawiam się, co mnie ujęło w „Wilku stepowym”, którego czytałam w wieku 21 lat. Jakiś czas temu nawet zarzucił mi wiele starszy ode mnie znajomy, że nie byłam w stanie w tak młodym wieku zrozumieć tej powieści więc tym bardziej nie mogła mnie zafascynować. Oczywiście zareagowałam ostro. No, bo czy powieść ma przypisane tory jej odczytywania? Jeśli nie jest propagandowa to nie. Ja ją odczytałam zupełnie inaczej niż dojrzały mężczyzna, ale czy gorzej?
 
Myślę sobie, że to jest test dla powieści, to czy młody jak i starszy człowiek coś w niej dla siebie znajduje, a przecież nie każdy musi odczytywać wszystkie kolejne dna w niej zawarte. Mnie się zdawało, że ta powieść była napisana dla mnie. O tym, że wilk czasem przypomina owcę, ale wcześniej czy później, któregoś dnia, owcę, z którą się przyjaźni po prostu pożre. Byłam wtedy w specyficznym momencie życia. Wyprzedziłam swoich rówieśników w przemyśleniach i refleksjach dotyczących tegoż życia, błyskawicznie dojrzałam, bo nie było innego wyjścia.
 
Hesse pisał tę powieść jako dojrzały mężczyzna stąd wrażenie, że ona była skierowana do takich właśnie mężczyzn, którzy siedząc samotnie w pokoju rozliczają swoje życie. Liczą zyski i straty, strat wychodzi więcej. Ja tego wówczas nie dostrzegłam. Mnie zafascynowała odwieczna walka między człowiekiem-wilkiem i człowiekiem-owcą. Walka nierówna a opierająca się na podchodach, na fałszu i oszustwie, na brzydkich zwycięstwach, na despotyzmie, manipulacji i udawanej serdeczności człowieka-wilka, który zrobi wszystko, aby osiągnąć cel dotyczący człowieka-owcy.
 
Tylko, że zdarza się – nieczęsto – o czym Hesse nie wspomina, że człowiek-owca pod wpływem goryczy spowodowanej postępowaniem człowieka-wilka, przeistacza się w człowieka-wilka i wtedy jest w stanie odpłacić „pięknym za nadobne”. Tyle tylko, że przeistoczony człowiek-owca stoi wyżej w ewolucji niż wilk, bo zna dwa wcielenia. Rozumie owcę jak i wilka. Czyli upodlony wielokrotnie potrafi upodlić, ale potrafi tez uświęcić innych. To już jest moja interpretacja.
 
Odbieranie konkretnych dzieł literackich zależy od sytuacji życiowej, w której znajduje się czytelnik, dlatego bywają książki, które nas uwzniośliły w pewnym momencie, ale teraz nie jesteśmy w stanie ich czytać. W moim przypadku nie dzieje się tak z „Wilkiem stepowym”. I teraz, kiedy patrzę na wakacje z „Wilkiem stepowym” z perspektywy czasu musze powiedzieć, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Przysłowie, którego nie znosi mój mąż, ale ja je często powtarzam, bo gdyby pewne zdarzenia z tamtego czasu się nie zadziały, to „Wilka” bym zlekceważyła, a dzięki temu, że się zadziały, to pojęłam, że nie jestem bezbronna.
 
Kiedy wróciłam po wakacjach – miałam przedłużoną sesję – poszłam zdawać egzamin z literatury, a profesor zapytał mnie: co się stało, że tak nagle zmądrzałaś? Wzruszyłam ramionami. Popatrzył mi w oczy, pokiwał i oddał mi indeks.
On też był człowiekiem-owcą.