Najpierw pojawia się słowo: nie!

 
Pierwszym słowem mojej córki nie było mama czy tata, a nie! Nie wsunie tych butów, nie założy płaszcza, nie zepnie włosów. Nie i już!
 
Mówi się, że jakim się było dzieckiem, takim i nasze dzieci będą dla nas. Nie przykładam wagi do takich stwierdzeń, choć doskonale pamiętam, jak się sama sprzeciwiałam, kiedy chciano mnie ubrać w białe podkolanówki i bluzkę zapiętą pod samą szyję. Mówiłam: nie. To jest za grzeczne, za jowialskie, za „żadne”. Nic o mnie nie mówi. A co ma mówić?! No właśnie. Co ma mówić?
 
Jeżeli przyjrzymy się modzie ubraniowej, dobrze byłoby się zastanowić nad tym, czego od niej oczekujemy. Dla jednych moda może być maską, za którą ukrywają swoje zbyt wrażliwe wnętrze, a wytarta „skóra”, dżinsy i glany sprawiają, że otoczenie zaczyna nas odbierać przez pryzmat subkultury, do której możemy nie należeć, ale większość osób będzie nam schodzić z drogi. Dotyczy to wielu subkultur muzycznych, ale i subkultur związanych z literaturą. Może być to maska. Możemy się ukrywać za tą plakietką, ale ona nam daje również poczucie pewności siebie i pewnego rodzaju bezpieczeństwa.
Zaczęłam od słowa „nie”, od sprzeciwu przeciw zbyt ,,grzecznemu” strojowi, strojowi, który od razu stygmatyzował ubierającą się w ten sposób dziewczynę, bo nie miał ten strój nic wspólnego z jej charakterem czy osobowością, a wrzucał ją do jednego wora z innymi laleczkami, wyglądającymi dokładnie tak samo. Być może słowo „stygmatyzował” jest tutaj słowem zbyt mocnym, ale tak sama odbierałam podejście do dziewcząt „grzecznie ubranych”. Takie dziewczęta były nieszkodliwe, bo grzeczne, dobrze wychowane, ukrywające to, co myślą i żyjące po to, aby spełniać marzenia, potrzeby innych. Żyły jako tło, jako luksusowy dodatek do czyjegoś życia, jak w przypadku żon z epoki wiktoriańskiej. Mężczyźni z wyższych sfer traktowali je jak trofea, jak kolekcje diamentów, którymi można chwalić się podczas przyjęć.
 
Moda pozwala wybierać styl czy choćby niewielkie dodatki, które nam odpowiadają, a które tworzą nasz wizerunek. Nikt nam tego nie narzuca, nie wtłacza w jednakowy tłum, ale też nie nakazuje, aby na siłę się wyróżniać. To, czy chcemy wyglądać jak chłopczyce albo kobiety „ostre”, przypominające modelki Coco Chanel, zależy tylko od nas. Rzecz jasna środowisko może nas odbierać stereotypowo. Jeśli rude lub krucze włosy, czerwona szminka i czarna sukienka mini z głębokim dekoltem na plecach, to możemy być odbierane jako kobiety-wampy, femme fatal, co nie musi się łączyć z prawdą o nas. Jednak skoro w takim wizerunku czujemy się dobrze, to czemu z niego rezygnować? Podobnie jest z wizerunkiem scenicznym u artystów. Jedni wymyślają swój oryginalny, inni idą w trendy klasyczne i czerń. Jak choćby Edith Piaf, Ewa Demarczyk, Tanita Tikaram czy Renata Przemyk. W pewnym momencie ich karier czarny kolor i „little black dress” pomysłu Coco stały się elementem charakteryzującym te artystki. Zaś sama Channel miała wspaniały pomysł z tą „małą czarną”, do której dobierano tylko dodatki i albo była sukienką do pracy, albo na wieczór. Był to ukłon w stronę kobiet, których często nie było stać na wiele kreacji. Ukłon, czyli moda, zaczęła im służyć, a nie je niewolić. Zaczęła pracować na ich rzecz, zlikwidowała swoją roszczeniowość w stosunku do pań. Można było nie mieć sukienki wieczorowej, ale jeśli w szafie wisiała „mała czarna”, a na toaletce leżał sznur pereł – nawet sztucznych – to już nikt kobiecie nie zarzucił, że ubrała się nieodpowiednio. Co ciekawe, taka opinia w społeczeństwie – choć innym niż to, z którym miała do czynienia Coco – panuje do dzisiaj. Czarna sukienka lub czarna spódnica i biała bluzka wystarczą, jeśli nie stać nas na kreację szałową.
 
Dla mnie moda zaczyna się od słowa „nie”. Od sprzeciwu, od chęci zmiany, od zaznaczenia swojej obecności w świecie, od możliwości wyboru. To także emancypacja, ale i tożsamość. Tak. Tożsamość. Indywidualizm. Wbrew pozorom, moda to nienarzucanie społeczeństwu jednego stylu i identycznych koszul.
 
Kiedy dostałam się do liceum, byłam zafascynowana tym, że każdy mógł się ubierać jak chciał. Mógł mówić, co uważał, mógł działać w grupach, które miały konkretne poglądy, ale przede wszystkim – miał prawo do własnego zdania. Nie była to szkoła idealna, ale na przerwach uczniowie puszczali w radiowęźle muzykę, jaką chcieli. To były czasy „metalu” i nikt z nauczycieli się temu nie sprzeciwiał. Przerwy były dla uczniów. Tam też poznałam dziewczynę, która była wegetarianką i działała na rzecz zwierząt. Organizowała wystawy, sprowadzała wstrząsające filmy. Chodziła ubrana na czarno i goliła głowę do zera. Uczyła się bardzo dobrze. Czasem jej wygląd krytykowano, ale niewiele sobie z tego robiła. Lata osiemdziesiąte to Sinead O’Connor, która wyszła na scenę z ogoloną głową. Zrobiła to dlatego, że oczekiwano od niej włosów długich i tego, aby nosiła krótkie spódniczki. Znowu mamy tutaj „nie”!
Kiedy dostałam się na studia, poszłam do fryzjera i ścięłam długie włosy na jeża. Czemu? Bo tak postanowiłam, bo nie chciałam być za grzeczna. Moda na golenie głów wiele później przybrała na sile, choć nadal budzi kontrowersje, ale coraz mniejsze.
 
Poprzez ubiór wyrażamy siebie. Ogłaszamy światu nasz stosunek do niego, manifestujemy swoje poglądy, używamy symboli w przeróżnej formie, nawet jeśli jest to tylko kolor, ozdoba czy biżuteria. Poprzez swój strój mówimy głośno, do jakiej grupy należymy, z jaką grupą osób się identyfikujemy, opowiadamy też już na wstępie poprzez nasz wizerunek o pracy zawodowej, jaką wykonujemy lub do jakiej pretendujemy.
Bardzo jaskrawym przykładem mody powiązanej z tożsamością był dandyzm występujący przeciw mieszczaństwu, ale niosący wraz z sobą również wymóg specyficznego zachowania. Dandysta nie dość, że był aż do przesady elegancki, to jeszcze miał obowiązek zachowywać się bardzo kulturalnie. Wspominam o nim w kontekście współczesnego prądu nazywanego la Sape, który bywa porównywany do tego „zamierzchłego” dandyzmu. Narodził się w Kongo i mam wrażenie, że wielu Europejczyków nie rozumie tego sposobu ubierania się. Może się wydawać zbyt krzykliwy, zbyt ekstrawagancki, zbyt kosztowny, ale w jego podtekście jest bunt, sprzeciw i walka o swoją tożsamość. Za świetnie skrojonym w jaskrawym kolorze garniturem idzie sposób zachowania noszącej go osoby. Czyli kształtuje nie tylko „opakowanie”, a wnętrze należących do tego nurtu osób. Swoje początki ten nurt wziął z buntu przeciwko kolonizatorom, który sprawił, że Kongijczycy zaczęli się ubierać na modłę Belgów. Później ta moda została wykorzystana w teledyskach muzycznych i do dzisiaj jest widoczna pośród artystów z tamtej części świata.
A skoro Sape, to koniecznie należy wspomnieć o literaturze i stowarzyszeniu shandy założonym w Afryce w tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim roku; choć istniało tylko trzy lata, to warto o nim wspomnieć jako o ciekawostce. Do stowarzyszenia mógł należeć artysta bez korzeni; musiał być niesamowity, oszałamiający, bezżenny, bez obowiązków czy jakichkolwiek zobowiązań; to ktoś, „kogo można zabrać dokądkolwiek” o każdej porze dnia czy nocy, a jego twórczość musiała zmieścić się do walizki. Walter Benjamin skonstruował nawet specjalną maszynę do ważenia książek – zbyt ciężkie odrzucano, uznawano za bezwartościowe…Marcel Duchamp posiadał pudełko-walizkę, w której znajdowały się miniaturowe reprodukcje wszystkich jego dzieł; to pudełko także stało się symbolem nowo powstałego stowarzyszenia i znakiem rozpoznawalnym. Walter Benjamin fascynował się drobiazgami, jego pismo przypominało mikroskopijne ziarenka, za wszelką cenę starał się zmieścić sto linijek na jednej kartce papieru. Głównie chodziło o miniaturyzację wszystkiego, co się zmniejszyć dało. W pierwszej kolejności tworzyli maleńkie książki.
 
Pisarze należący do stowarzyszenia zachowywali się jak nieodpowiedzialne dzieci. Dobrze widziane u nich były cechy takie, jak: nowatorski duch, skrajny seksualizm, nieobecność wielkich celów, sympatia dla czerni skóry i pielęgnowanie sztuki bezczelności.
 
Wydaje się, że to żart. Taka sztuka dla sztuki, zabawy dorosłych chłopców albo niedorosłych mężczyzn, jakieś odrealnienie, bajka, fantazja chorego na gorączkę umysłu. Co prawda w tym przypadku zwracano uwagę nie tyle na strój, a na zachowanie i ten sposób bycia (krzykliwy, ekstrawagancki) był „ubraniem” dla członków, no i jeszcze miniaturowe książki, to jednak nie sposób tego nie zaliczyć do mody. Poprzez walizkę, która sama w sobie jest przenośna, oznaczali siebie jak wstążkami oznacza się członków rodziny w tłumie, aby móc siebie w ciżbie rozpoznać, gdyż ludzkie zachowanie również jest modą i w podobny sposób, jak ubranie, określa naszą tożsamość.
 
Młodzież naturalnie buntuje się przeciwko wcześniejszemu pokoleniu. Szuka swoich ścieżek, swoich rozwiązań, swojego sposobu na życie, ale nie zawsze chodzi tylko o sprzeciw. Bywa, że wcześniejsza moda staje się niewygodna, a wręcz nieznośna, nie nadąża za zmianami, jakie zachodzą w społeczeństwach. Jak choćby w przypadku amazonek. Strój, w którym kazano kobietom jeździć konno i to po damsku, suknia zaciągnięta na zad konia, zaś przy kapeluszu fruwające wstążki i różne farfocle, mnie przeraża do dzisiaj. Ginęły te kobiety albo stawały się kalekami, bo koń to tylko zwierzę i nawet najlepiej wyszkolony potrafi się spłoszyć, a te wszystkie farfocle sprawiały, że kobiety skręcały sobie karki. To Maria Wodzińska wbrew społecznej niechęci wprowadziła na terenach Polski strój kobiecy do jazdy konnej, ale strój, który miał kobiecie zapewnić bezpieczeństwo. Sama jeździła po „męsku”.
 
Wodzińska prowadziła swoją szkołę jazdy konnej przed II wojną światową i wręcz „gwałtem” wprowadziła jazdę dla kobiet po męsku, ale zadbała też o ich odpowiedni strój. Pomstowała na nie i przed nimi ostrzegała, a chodzi o sprzączki i podwiązki na udach. Była za noszeniem spodni. Oczywiście nie wszystkie kobiety musiały w jej szkole jeździć po męsku, córka Wodzińskiej zdobywała wysokie nagrody na zawodach jeżdżąc w damskim siodle.
 
Moda to nie zawsze krzyk sprzeciwu, ale to, co z niej wybieramy, nas kierunkuje, sprawia, że jak kobiety z czasów Wodzińskiej jeździmy konno po męsku, ubrane w spodnie, czy zostajemy w siodle damskim, ale to był i do dzisiaj jest wybór kobiet.
 
Lubię, kiedy moda staje się sprzymierzeńcem kobiet. Piszę „kobiet”, bo sama będąc kobietą rozumiem tę kwestię od strony kobiecej. Sama jeżdżę konno (po męsku), dlatego wiem, jak jest to sport wspaniały, ale i niebezpieczny oraz jak istotną sprawą jest odpowiedni strój.
 
Moda jest wyborem, a nasz wybór łączy się z naszą tożsamością. Kobiety, które wybierały męski strój i sposób jazdy po męsku w czasach Wodzińskiej, równocześnie same siebie określały. Informowały otoczenie, że są nowoczesne. Nie wszystkie potrafiły się na to odważyć, ale sporo z tamtejszych kobiet – tak. Jednak wówczas nie chodziło o manifestację, a o to, aby moda zaczęła pracować na rzecz kobiet, aby dawała im komfort i bezpieczeństwo na końskim grzbiecie.
 
Wspomnę jeszcze o modzie na dżinsy, bo mało jest takich ubrań, których sława trwałaby ponad sto lat. Wszystko zaczęło się od poszukiwaczy złota, którzy potrzebowali wytrzymałego stroju roboczego. Pod koniec XIX wieku na pewno nikomu nie przyszło do głowy, że ten strój wejdzie na salony, że stanie się symbolem emancypacji kobiet, a noszenie takich spodni będzie manifestacją przeciwko władzy. Tym bardziej, że nie wolno ich było nosić w restauracjach, hotelach, a w ZSRR były zupełnie zakazane. Dżinsy stały się buntem przeciwko burżuazji, przeciwko spodniom zaprasowanym w kant, przeciwko tradycji, przeciwko polityce, przeciwko starym zasadom, przeciwko staremu porządkowi na świecie. Każdy, kto je ubierał, stawał po stronie buntu przeciwko „garniturom”.
 
Dżinsy, „mała czarna” i skórzana, wytarta kurtka są najważniejszymi rzeczami w mojej szafie. Gdybym miała ratować szafę z powodzi, to zabrałabym tylko te trzy rzeczy.