W kontrze do opowieści

Myślę, że najbardziej hartuje człowieka oczekiwanie, kiedy nic się nie dzieje na jego poletku, kiedy czeka na opinie, recenzje, wiadomości. Wtedy musi się zająć czymś innym. Najlepiej bardzo absorbującym, tak żeby nie myślał o tym, co jest w drodze. Nie można tego ani przyśpieszyć, ani zatrzymać. Jakie by nie było w końcu do nas dotrze.
 
Mierzę się z pewnym tekstem. Jeszcze nie wiem czy coś z nim zrobię, ale się mierzę. Wyszłam poza strefę komfortu, bo to nie jest dla mnie typowa twórczość. Jednak jestem ciekawa, co mi z tego wyjdzie. Czy dam sobie radę? A może przegram z własnym wyobrażeniem o swoich możliwościach? Wszystko może się zdarzyć. Ale się mierzę, bo podjęcie trudnego wyzwania jest już pewnego rodzaju zwycięstwem. Pokonujemy swoją niepewność, swój strach i próbujemy. Cóż, możliwe, że spadniemy z tego konia, ale sporo się też nauczymy z samego upadku. Choć ciekawa tego upadku i wiedzy z niego płynącej zbytnio nie jestem ?
 
Świat bez opowieści zdaje się straszny. Może, dlatego że nasza rzeczywistość aż kipi od opowieści wszelakich. Fikcja miesza się z rzeczywistością i mimo, że nie zwariowaliśmy, to chwilami już nie wiemy w co wierzyć. Jednak najgorsze jest to, że zaczynamy wierzyć a nie wiedzieć. Taka wiara dotyczy choćby wartości pieniądza. No cóż jest wart ten papier? Wartość mu nadano, a my ją przypieczętowaliśmy wiarą w tę wartość.
 
Dawno temu bank miał kapitał w złocie. Ogólnie każdy kto miał jakikolwiek kapitał, to rozmowy były tylko o złocie. Złoto samo w sobie, a nie na wiarę, miało wartość, ale jeśli pójdziemy tokiem myślenia Austera, to temu złotu wartość nadali ludzie. Dla Indian ono nie miało wartości. Czyli wartość złota jest relatywna? Wtedy była, za czasów konkwistadorów.
 
Mam wrażenie, że mimo rozwoju cywilizacji, technologii i warunków życia, nadal handel towarami na zasadzie, towar za towar, byłby najuczciwszy niż przechodzenie na walutę. Ja tobie buty, ty mi kożuch, ok, dorzucę jeszcze czapkę, ale za rękawice chcę jeszcze kopę jaj. I wszystko wiadomo.
Oczywiście jeśli ktoś kupiłby szczebel z drabiny ze snu Jakuba, to też zaczepiłby się o wiarę, że to ten szczebel. Czyli fikcja pomieszałaby się z rzeczywistością, bo sen to fikcja. Jeżeli ktoś wręcza komuś monetę, twierdząc, że jest srebrna, a obdarowany nie potrafi tego sprawdzić, to znowu wierzy. Tylko wierzy, a nie wie. Nie ma pewności.
 
Zbyt dużo informacji nas zalewa, abyśmy mieli pewność, co do ich prawdziwości, bo nie jesteśmy w stanie ich sprawdzać nawet jeśli mamy podane źródła. Jednak automatycznie zaczynamy je powtarzać, te niesprawdzone, jako pewne.
 
Dawniej, zwłaszcza poza miastem ludzie nie ulegali tak emocjom, bo na list czekali miesiąc albo dwa. Na ten ważny podobnie. Bywało, że posłaniec zginął po drodze i odpowiedź nigdy nie nadeszła. Nawet informacja o śmierci posłańca potrafiła utknąć gdzieś w przerębli.
Dzisiaj wiemy o tym, co na świecie w przeciągu chwili. Dlatego nie mamy czasu ochłonąć, tylko od razu udziela się nam ogólna histeria, choć ich nie sprawdzamy.
 
Mam wrażenie, że współczesne czasy mniej wystawiają na szwank nasze ciało, bo kiedyś bardzo ciężko się pracowało, samo pranie było nie lada wyzwaniem. Za to dają popalić naszej psychice, której nie umiemy odciążać.
 
Czekanie, nie to pokazane w „Czekaniu na Godota”, ma coś z odzyskiwania spokoju. Dlatego też wiele osób ( w tym ja) nie lubi podejmować decyzji przez telefon czy podczas rozmowy face to face. Coraz częściej prosi się, aby napisano na maila. Żeby na spokojnie, bez emocji, po pewnym czasie podjąć decyzję. Decyzję bez presji.
 
Nie mierzę się z tekstem z ekonomii czy współczesności, co mogą sugerować moje słowa. To zupełnie inna dziedzina, ale mam dzisiaj „roztrojenie jaźni”, bo myślę równocześnie o kilku sprawach, dlatego ten post może się wydać Wam chaotyczny.
 
Skoro już jesteśmy przy Beckettie, o którym swego czasu pisałam dość sporo, a który zajmuje również Coetzee i Austera, to mam wrażenie, że w naszej rzeczywistości, mało kogo interesuje ten pisarz. Tych dwóch pisarzy rozmawia o tym, czy listy prywatne Becketta należałoby włączyć do tomu z listami oficjalnymi. Obydwaj uważają, że tak. Zgrzyt.
 
Nie zgadzam się z nimi. Człowiek, artysta, pisarz, muzyk, chirurg, szewc – ma prawo do prywatności, nawet jeśli był człowiekiem publicznym. Ma prawo do zachowania pewnych słów tylko dla konkretnych osób, a skoro je napisał, to tę intymność powinno się uszanować.
 
Podobnie mam z archeologią, kiedy wydobywane są szczątki, albo mumie, które nagle „przestają” być zmarłymi, a stają się eksponatami. To ciągle są ciała czy szkielety zmarłych. One nie przestały być tym, czym jest martwe ciało ludzkie współcześnie.
 
To, że człowiek był pisarzem, nie oznacza, że należy na światło dzienne wydobyć każde słowo, które wypowiedział. Każe uczucie, którym obdarzył znajomych. Dziwię się, że ci dwaj pisarze są tak bezwzględni w tej decyzji. Dziwię się, bo sami są pisarzami. Być może czują się kryci, bo nie mają osobistych listów? Muszą mieć. Powiem szczerze, że nie chciałabym czytać cudzych intymnych listów. Nie chciałabym ludziom zaglądać do alkowy, a ich światu pod spódnicę. Każdy ma prawo, obojętnie jaki zawód wykonuje, ma prawo część swoich uczuć i słów zachować dla siebie lub tych ludzi najbliższych.
Pisarz, aktor, malarz, muzyk i tak dużo zostawił publiczności, bo swoją twórczość. Czemu wściubiać nos jeszcze dalej? Jeszcze głębiej? Dla sensacji? Bo miał biegunkę, a po kapuście pęczniał niczym balon, albo że puszczał smrodliwe bąki. A, kto nie puszcza? ?
 
Człowiek daje innym tyle ile może, resztę, powinno się zachować dla niego i jego najbliższych, jak już wspomniałam, a delikatność wydawcy powinno się pochwalić a nie zganić. Warto wiedzieć, że protestował przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. To tylko wzmianka, jeśli dowiem się czegoś więcej, oczywiście napiszę.
Czy Beckett oszalał?
Wspomniani pisarze twierdzą, że tak. Jednak już później w swoich listach nie nawiązują do niego.
Co to znaczy, że ktoś oszalał?
Beckett miał pod górkę. Cierpiał głód, bywał wychudzony niemiłosiernie. Dopiero, kiedy zaczął pisać po francusku, jego utwory znalazły zainteresowanie.
 
Mam wrażenie, że współcześnie coraz trudniej, nawet między pisarzami zawodowymi znaleźć utwory, które znają wszyscy pisarze, przynajmniej rocznikowo. Kanon też został zmieniony, bo po co akurat taki? No, to już nie wiemy kim był Beckett, jak się czeka na Godota i jak działa król much.
 
Tych pisarzy „wzięłam” ze studiów. W momencie, kiedy nie myślałam o pisarstwie i byłam bezmyślną, rozbawioną istotą. A, tam! Czasem coś skrobnęłam, ale nie na poważnie. Oni mną wstrząsnęli. Każdy na inny sposób. Wtedy zaczęłam rozumieć, że literatura, to nie tylko rozrywka, że literatura może coś w nas zmienić, albo przed czymś ostrzec, albo pomóc się pogodzić z nieuchronnym. Albo przetrwać rozpacz. Wtedy pojęłam (20/21 lat), że literatura nie musi być „dyrdymałą” , której nikt nie rozumie. Pojęłam, że może w człowieku zbudować siłę.
Beckett i „Czekanie na Godota” przewartościowało wtedy we mnie wszystko. Zrozumiałam, że Godot nie przyjdzie, że niczego nie zmieni, że jedyną osobą, która może coś zmienić jestem ja.
Dobrego dnia ?