„moje miasto a w nim”

Pamiętam poranek wiosenny, kiedy ze słuchawkami na uszach pędziłam na zajęcia. Przemknęłam przez most Dębnicki, rzuciłam okiem na Wisłę, na Wawel i musiałam przystanąć. Niebo błękitne, czyściutkie, rzeka błyszczała drobnymi falami, jakby ktoś po jej powierzchni rozsypał złoty był. Mgła wciągała ten pył, sprawiając złudzenie, że rzeka unosi się ku niebu. Słońce dziurawiło tę mgłę swoimi promieniami, a w tle ponury, może trochę strapiony stał Wawel. W słuchawkach akurat zaczęła się moja ulubiona piosenka: „Mam tak samo jak ty, moje miasto a w nim najpiękniejszy mój świat, najpiękniejsze sny. Zostawiłem tam kolorowe dni (…)”
 
I „gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt, wyruszaj ze mną tam (…)”
Nieodparcie, ciągle dla mnie jest to piosenka o Krakowie, mimo że dla Niemena był to sen o Warszawie. O mieście metafizycznym. Choć cały czas utopionym w futuryzmie. Sama nie odczułam nigdy nic przyjemnego, nic co by mnie tak zauroczyło, jak poranek przy Wawelu, mimo, że w Warszawie bywałam wielokrotnie. Rzeszów także kojarzy mi się głównie ze spalinami, hukiem, klaksonami, grupami przechodniów zbitych w gromadki, przechodzących na zielonym i cierpliwie czekających aż zgaśnie czerwone.
 
Tylko w Krakowie odczuwałam zauroczenia i we Lwowie. Nie było ich we Wrocławiu, może zatrzepotały kilka razy w Międzyzdrojach, milczały także w Zakopanym. Tłumnie, głośno, smrodliwie. Jednak wspomniany poranek w Krakowie był inny mimo, że tuż obok mnie pędziły samochody. Potrafiłam się wyłączyć i obserwować ten wschód niemalże w ciszy, bo grał tylko Niemen.
 
Miasto metafizyczne, tak bym je określiła, choć nie jestem pewna czy twórcy tego kierunku w malarstwie również tak rozumieli ten termin. Porzucili futuryzm, bo jego założyciele zginęli podczas I wojny. Czerpali oczywiście z futuryzmu, bo miasto nigdy nie przestanie być futurystyczne, ale dostrzegali w nim też coś ze snu, coś ze zjawy, coś nierealnego, pięknego, jakby to miasto miało wiele twarzy.
I pewnie ma, zwłaszcza miasto stare, które przyjmuje do siebie również budynki nowoczesne, pojazdy nowoczesne, ale zachowuje, mimo nowoczesności, swoją duszę. Ciągle opowiada, choć cichutko, jak zmęczony starzec, który nawet nie próbuje przekrzyczeć zgiełku. Mówi ciekawie, trochę chrapliwie, wystarczy się wsłuchać w jego głos, aby wyciszyć ten zgiełk.
 
Wawel mijałam przez dwa lata codziennie, kiedy szłam do rynku i kiedy wracałam. Wtedy księżyc wisiał nad jego kopułą, łabędzie leniwie pływały po czarnej Wiśle. Światła odbijały się w jej toni. Obrazek równie piękny, jak ten poranny. Wawel zdawał się żywym organizmem i to nie tylko moje było odczucie. Jakby biło w nim stare serce, patrzył na mnie cierpliwie spod ciężkich powiek. Łapałam się na tym, że mówiłam do niego w myślach 🙂 Jakby to nie zabrzmiało.
 
Pierwszy, kto opisał klimat Krakowa i mnie zauroczył był Boy Żeleński. On opisał swój Kraków, ciemny i ponury, bo ulice oświetlone były głównie przy rynku. Kraków z dziewczętami chorującymi na bielicę, zimny i w pewnym sensie straszny. Kraków Modrzejewskiej, która gwałtem wdzierała się na wykłady na Uniwersytecie i chuchała w grabiejące dłonie, bo w kamienicach było wilgotno i zimno. Kraków głodujących studentów i artystów. Mimo tego ciężaru i oni zachwycali się wielką pełnią księżyca zawieszoną nad Wawelem i oni także mieli wrażenie, że te stare wieże, ten stareńki – ciągle tykający zegar – w pewnym sensie są po ich stronie, bo widziały już tak wiele, że wiedzą, kiedy należy współczuć.
Lubiliśmy chodzić na Wawel. Siadaliśmy na dziedzińcu i w milczeniu odpoczywali. Młodych ludzi mało kto podejrzewałby o chęć podobnego wyciszenia się. Nie kupowaliśmy biletów, nie zwiedzali komnat ani zbrojowni. Po prostu „słuchaliśmy” tego kolosa, czasem wchodziliśmy do kaplicy, tam gdzie złożone są trumny władców. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wracaliśmy po takim spacerze spokojniejsi, zrelaksowani, podniesieni na duchu. Jakby ktoś zdjął z naszych barków niewidzialny ciężar.
 
Mówi się, że atmosferę poszczególnych miejsc tworzą ludzie, że kiedy ich braknie, znikają także te miejsca. Jednak w Krakowie jest inaczej. Ile razy do niego zaglądam, mimo że kontakty ze znajomymi się pozrywały, to czuję się, jakbym była u siebie i między swoimi. Bo Wawel, bo Kanonicza (najcichsza uliczka, najwspanialsza), bo Krupnicza, bo Czysta, na której zawsze śmierdziało tytoniem, bo bary mleczne, bo Aleje, ruch, ale senny, szemrzący, niczym ogień w kominku.
 
Trzeba wiedzieć, które uliczki są ciche, bez turystów, bez pstrykających zdjęcia i zbyt głośnych chichotów. Poranek na Rynku. Życie w Krakowie do dzisiaj budzi się późno. Wstają tylko ci, co muszą posprzątać po imprezowiczach, którzy są kelnerami, którzy mają obowiązek przygotować przestrzeń pod kolejne imprezy, ale kto nigdy nie należał do tych pracujących, ten nigdy nie pozna prawdziwego Krakowa, ten nigdy nie usłyszy bijącego jego serca.
 
W Krakowie życie toczy się jakby dwoma nurtami. Jest nurt oficjalny: wycieczki, turyści, zgiełk, przewodnicy i podziemny, to: żebracy, kelnerzy, służby sprzątające, ludzie od obwarzanków. Kiedy widzicie się z tymi samymi osobami każdego dnia, to potem stajecie się społecznością choć nieoficjalną. Zdobywacie sobie Aniołów Stróżów. Ileż razy, kiedy przychodziłam rano na zmianę, bo zwykle pracowałam po 12 godzin, byłam bez pieniędzy, ale pan od obwarzanków zaraz wręczał mi obwarzanka, mówić, że zapłacę za chwilę, kiedy zarobię. Nie trzeba było się tłumaczyć, jakoś tak, wystarczały spojrzenia, dwa słowa. Ludzie od obwarzanków jak i żebracy nieraz kelnerkom szli do sklepu po rajstopy, bo one nie mogły zejść ze zmiany, a rajstopy darły się na potęgę, jednak w podartych nie wolno było się pokazać gościom. Nie wiele trzeba było, aby oczko poleciało, kiedy chodziło się między wiklinowymi krzesłami.
 
To nie tak, że było tylko miło, ale lubię wspominać tamten czas mojego życia, bo poranek nad Sukiennicami, pustki, studenci ze szkoły muzycznej grający co siły w piersiach, mimo że turystów jeszcze nie było. Gołębie, oswojone, niebojące się. Płyta Rynku zalana słońcem. Pierwsze sprzedawczynie kwiatów. Rześkie powietrze. Ależ się lekko oddychało!
Takie miejskie poranki pamiętam.
 
Obecnie Kraków jest bardziej tłoczny, bardziej hałaśliwy, choć poranki podobne. Bajzel na ulicach, na Rynku, wszystko zamknięte, kelnerzy przygotowujący swoje miejsca pracy, człowiek sprzedający obwarzanki na kacu, zero muzykantów. Taki był nie tak dawny poranek w Krakowie. Wydawało mi się, że większy bałagan panował po imprezowy niż za „moich czasów”, ale może wtedy nie zwracałam na niego takiej uwagi. Że wszystko się zmienia? Tak, ale tego ostatniego poranka poczułam po raz pierwszy, że nie należę już do tego miasta, że ono pulsuje innym rytmem, że bardziej przypomina ulice Jerozolimy niż te, o których pisał Boy. Dobrze, że chociaż Wawel pozostał i Kanonicza.
 
„(…) zamyśliłem
się nad dawnym Krakowem, uczułem, że temu
miastu należałaby się osobna monografja. Bo
Kraków, taki jakim go splot warunków uczynił, to
było najoryginalniejsze miasto pod słońcem , z pewnością
unikat na kuli ziemskiej wszechczasów”, pisał Boy.
 
Ów Kraków, miasto Boya podcięte miał wszystkie możliwości rozwoju materialnego. W XIX wieku był małym miastem, a jego najgłówniejszą rolą było to, że został obwołany twierdzą austriacką. Która notabene odparła dwa razy atak moskali, czyli nigdy nie padła.
 
Kraków tętnił życiem na lewym brzegu Wisły, bo w przeciwieństwie do Paryża, który rozlewa się na obu brzegach Sekwany (jeden starodawny, drugi nowoczesny), na prawym brzegu były tylko Dębniki. Czyli w ówczesnych czasach wioseczka. Jest to o tyle ciekawe, że mieszkałam za mostem Dębnickim, czyli właśnie w tej lichej krainie za czasów Boya. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, że na prawym brzegu nie ma nic poza kilkoma biedniutkimi łodziami rybaków.
 
O 10 godzinie w nocy zamykano bramy, kto nie zdążył, to nie zdążył. Miasto było nie dość, że biedne, to nazwane miastem umarłych. Godzinę 10 obwieszczały zegary na wieżach i hejnał.
„Bo zważmy, że stosunek Krakowa do swoich murów
był zgoła odmienny niż w innem nowoczesnem
mieście. Wszędzie odbywa się w ciągu lat walka
między kamieniem a człowiekiem, życiem a przeszłością”, pisał Boy.
Książka „Znasz li ten kraj” zauroczyła mnie dawno temu. Może dlatego, że opowiadała o tych samych uliczkach, po których ja chodziłam, tyle, że wiele, wiele później. Mnie zauroczyła, ale moich znajomych nie. Pamiętam, że opowiadałam o niej jednemu z kolegów, ale on zupełnie nie poczuł klimatu, który starałam się mu przedstawić.
 
W wypowiedzi Boya o murach chodzi o to, że Kraków trzymał wszystko, całe życie i interesy w swoich murach, że bardzo długo te mury niczym kleszcze nie pozwalały wydobyć się ludziom poza nie. Ale, kiedy się to w końcu udało, to miało się wrażenie iż miasto kipiało, jak mleko wydobywając się poza mury. Dzisiaj pozostała o murach tylko Brama Floriańska. Aż trudno sobie wyobrazić, że poza nią, kiedyś nic nie było poza łąkami i lasem.
 
Nic w tym mieście nie było takie, jak w innych miastach. Miało swoje obrzędy, swoje zwyczaje, nawet pory roku: „Pory roku znaczyły się tam obrzędami. Groby,
nabożeństwa majowe, Boże Ciało, lajkonik, wianki,
pasterka, wogółe wszelkie uroczystości odgrywały
w życiu Krakowa nieproporcjonalnie dużą rolę”.
Kto był na wiankach ten wie, co się tam wyrabia i jak jest wspaniale. Kto nie był, niech pójdzie, jeśli będzie miał okazję.
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *