Lepiej byś nie umiała pisać

„Lepiej, abyś nie umiała pisać, niż abyś nie umiała lub nie lubiła cerować” napisała pewnego dnia Nina Łuszczewska do córki Jadwigi późniejszej poetki Deotymy. Choć, kiedy odkryła talent improwizatorski u córki do cerowania już jej nie goniła 😉 Jednak dla większości panien nie obdarzonych żadnym wielkim talentem, ta maksyma w XIX wieku służyła jako motto życiowe.
 
Chyba bym się kłóciła z tymi słowami, gdyby mnie ktoś poczęstował w latach młodzieńczych tą „mądrością,” ale w tamtych czasach kobieta miała obowiązek troszczyć się o swoją garderobę, jak i o garderobę domowników. Dlatego też musiała umieć ją naprawiać. Mimo obecności służących, panienka pobierała naukę szycia a wolny czas koniecznie musiała wypełnić robótkami ręcznymi. Było to w dobrym tonie, aby cały czas była czymś zajęta.
 
Lubicie szyć, cerować, wyszywać czy haftować? Kiedyś z konieczności robiłam sweterki dla dzieci na drutach, albo chusty wełniane. Jednak wszelkiego typu mereżki, ściegi, cerowania skarpetek doprowadzały mnie do rozstroju nerwowego. A na pracach ręcznych trzeba było się tego uczyć. Znacznie lepiej mi szło lutowanie 😉 Oj nie nadawałabym się na dobrze ułożoną panienkę z XIX wieku. Co nie znaczy, że tych prac nie umiem. Umiem. Pamiętam, że sama sobie (z konieczności finansowej) uszyłam białą bluzkę na egzaminy. Bardzo ją lubiłam i była tą szczęśliwą bluzką 🙂
Jeżeli dama nie była zmuszona warunkami materialnymi do szycia dla siebie odzieży, to szyła dla przyjemności albo na cele dobroczynne albo dla kościoła np.: ornaty. Kobiecie bowiem nie wypadało siedzieć z założonymi rękami. „Niewiasta bowiem, która domowymi zatrudnieniami i igłą nigdy się nie zabawia, choćby wiele światła posiadała, nie dopełni przeznaczenia swego i często nudną sobie i drugim będzie” – grzmiała ze stron swoich poradników Klementyna Hoffmanowa a Nakwaska dodawała „powołaniem płci naszej jest ręczna praca.” Trochę się człowiek buntuje, kiedy to czyta, jednak panie miały rację, nie tyle w dorabianiu ideologii do zajęć kobiecych, co ucząc kobiety różnych rzeczy.
 
Dlatego, że ówczesne kobiety niewiele potrafiły zdziałać bez mężczyzny, a kiedy w ich życie wdarła się tragedia nie potrafiły o siebie zadbać ani również o dzieci. W sytuacji, gdy potrafiły szyć, wyszywać czy cokolwiek innego, już mogły sobie poradzić. Już na chleb w jakiś sposób zarobiły. Moja babcia opowiadała, że wyszywała obrusy dla Żydówki, która je u niej zamawiała. I już trochę grosza do domowego budżetu wpadało. Największy krzyk kobiety (działaczki) podniosły po Powstaniu Styczniowym, gdy wielu mężczyzn zginęło albo zostało wywiezionych na Sybir, a kobiety również te wysoko urodzone zostały same bez majątków, bo te zostały skonfiskowane. Okazało się wówczas, że były bezradne. Nic nie potrafiły robić. Zupełnie nic i razem z dziećmi umierały z głodu na ulicach. Dlatego autorkom poradników tak zależało na szkoleniu kobiet choćby w szyciu. Żeby chociaż łatę potrafiły przyszyć, albo dziurę zacerować.
 
XIX wiek jest tym czasem, gdy robótki ręczne przeżywały renesans. A w dworach sporo tkanin wytwarzano jeszcze na miejscu u siebie. Majątki miały stada owiec, uprawiano także swój len i konopie. Wyrób tych tkanin należał do tzw. gospodarstwa kobiecego. To pani domu, albo ochmistrzyni odbierała z folwarku wyczesaną kądziel i rozdzielała ją dworskim kobietom do przędzenia.
 
Przędzeniem zajmowały się kobiety w jesienne i zimowe wieczory. Siedziały w izbie czeladnej, którą oświetlał tylko ogień na kominku i opowiadały sobie najdziwniejsze historie. Co ciekawe izba ta ściągała do siebie całą służbę, rezydentki a nawet dzieci, którym nie wolno było przebywać w czeladnej, a mimo to zakradały się, bo nie mogły się oprzeć niezwykłemu nastrojowi tam panującemu. Bywało także tak, że kołowrotek turkotał także w pokoju bawialnym, ale to już inna opowieść 🙂
Wspaniałego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *