Biblioteka odc. 3

Jerzy Kałążny w swoim artykule pod tytułem: Motyw biblioteki w literaturze, z 1998 roku wspomina o bibliotece Lovecrafta (w jego opowiadaniu) jest miejscem tajemnych praktyk. U Kubina nie ma typowej biblioteki, ale budynek, w którym mieści się archiwum miejskie. Jest to miejsce nudy, zaspane i zakurzone, a co ciekawe równocześnie było siedzibą władz. Instytucja pokrewna bibliotece, jeśli chodzi o archiwum, stanowiła również ośrodek władzy. Czyli jak zostało wspomniane w komentarzu pod wczorajszym wpisem, biblioteka to też władza. Panowanie nad ludzką pamięcią, to również władza. A archiwum to swego rodzaju pamięć, ale skoncentrowana na trzymaniu władzy a nie gromadzeniu mądrości. Nie emanuje z niego intelektualna energia, jak to nazywa autor, a chorobliwa senność, ograniczająca cały kraj.
Podobna instytucja znajduje się także w powieści Kosacka i także jest ośrodkiem władzy. Warto zwrócić uwagę, że Kubin był Austriakiem, a Kosack Niemcem. Zauważcie, że obaj panowie w swoich tekstach wykreślili biblioteki, ale stworzyli, jako ośrodek władzy archiwa. A czym jest archiwum, jak nie pamięcią ludzkich błędów? Bardzo uprościłam, ale kiedy przypominają mi się Niemcy palący książki podczas II wojny, ale gromadzący i tworzący dokumenty dotyczące mieszkańców miasta, nie umiem inaczej myśleć o archiwum niż jak o instytucji ucisku. W bibliotekach przechowuje się wszystko, a w tych archiwach dokumenty się selekcjonuje. Ale z największą pieczołowitością przechowuje się „tajne papiery ze spuścizny tego i owego obywatela”. Dlatego owo archiwum stało się kopalnią ludzkich losów, ale i „pułapką ducha”.
 
W efekcie okazuje się, że nie pracownicy decydują, które dokumenty zachować, a które zniszczyć, a samo Archiwum. Jest to wizja totalitarnego zbiurokratyzowania świata mimo, że powieść powstała w 1947 roku, to niepokoi nawet dzisiaj. Tym bardziej, że ma się wrażenie, że została wcielona w życie.
Inną bibliotekę mamy u Hessego w Traktacie o wilku stepowym (był czas, że kochałam tę książkę) czy u Schulza, ale i u Manna. Są to biblioteki z książkami widmami, które zostały zmyślone przez pisarzy, bo w rzeczywistości nie istnieją. Aaaa u Calvino także jest nieistniejący księgozbiór, a nawet u Lema. Jest to ciekawa pisarska „zagrywka”, swoista gra z czytelnikiem, ale wymaga od tegoż czytelnika niemałej erudycji. Nie wiem czy współcześni pisarze decydują się na taki manewr. Nie spotkałam się z nim, ale muszę przyznać, że bardzo mało czytam utworów pisarzy współczesnych, jeśli już, to są autorzy leciwi. Tacy, co to już niejedno przeżyli.
 
Tym bardziej, że współczesność zdaje się ciągle głodna rozrywki, a każdy cięższy tekst jest odkładany na nigdy, mimo że spełnia wszystkie wymogi warsztatowe. Jednak na Boga, przecież nie można się tylko bawić i beztrosko pluć na boki pestkami od czereśni. Konieczny jest namysł, konieczna refleksja, zaduma, a nawet czasem melancholia. Nawet najbardziej upragnione rzeczy w końcu się przejedzą. Nie ma tak dobrych lodów czy ciasta albo schabowych, które jedzone w nadmiarze w końcu by się nie znudziły. Potrzebny jest co jakiś czas post, niedosyt, a nawet głód, aby na nowo odszukać w sobie wartości i umiar.
Calvino, akurat mam tę powieść, w której bawi się z czytelnikiem. Nie jest to lekki język ani sama fabuła lekka nie jest. Wymagająca, jak gra w szachy, ale przez to właśnie wciągająca. Trochę jak łamigłówka, jak zaszyfrowana wiadomość. Stosuje chyba wszystkie możliwe chwyty, razem ze zwrotami bezpośrednio do czytelnika, których współcześnie się nie stosuje. Bronte je lubiła i używała na potęgę. Sygnalizuje swoją obecność, wychylając się zza ramienia narratora i napominając czytelnika, aby się miał na baczności! Swoisty pierwowzór gry komputerowej, ale na papierze.
 
Choć oczywiście ktoś może mi od razu odparować, że prototypem gry komputerowej był wynaleziony w 1947 roku przez Amerykanów Thomasa A. Goldsmitha Jr. i Estle Raya program Cathode-Ray Tube Amusement Device – analogowy symulator pocisku rakietowego używający lamp elektronowych, i będzie miał rację. Jednak moje skojarzenie z powieścią Calvino jest właśnie takie. Pisarz zmarł w 1985, kiedy książki miały jeszcze znaczenie, co nie znaczy, że grami się nie interesował.
 
Mamy rzecz jasna „Widmową bibliotekę” Pawła Dunina-Wąsowicza czy opowieść Pilcha nakreśloną na marginesie co tylko wydanej powieści Süskinda, będącą snem o bibliotece człowieka, który utracił pamięć.
Książki w naszej domowej biblioteczce są pewnego rodzaju nasza pamięcią i choć czasem je zapominamy, to stoją na wyciągnięcie ręki, aby je sobie przypomnieć. Gromadzenie takiego księgozbioru nigdy nie jest przypadkowe i sporo mówi o jego właścicielu. W takich zbiorach indywidualnych jest coś z intymnego spotkania, coś z osobistych przemyśleń. O ile biblioteka państwowa gromadzi wszystkie dokumenty, bo to jej obowiązek, o tyle księgozbiór rodzinny może pozwolić sobie na wybredność. Pewne pozycje w wielu domach nigdy nie staną, bo ich właściciele ich sobie nie życzą. Zaś nadmiar książek na pewne tematy od razu pokazuje czym właściciele się interesują.
 
Szacunek do książki wyniosłam nie ze studiów, ale z domu rodzinnego, a moi rodzice ze swoich domów. Trzeba pamiętać, że to były czasy, kiedy książka nie dość, że była droga to nie dla każdego dostępna. Pamiętam, że moja babcia już w starszym wieku czytała na potęgę, bo książka stała się dostępniejsza. Przeczytała wtedy całą Biblię, od dechy do dechy, jak powieść, bo takowej nigdy w domu nie mieli.
Rzecz jasna nie wolno było czytać podczas posiłku, zabierać się do książki z brudnymi rękami, pisać na marginesach (choć ja uwielbiam to robić). Jednak piszę na marginesach książek, których – wiem na pewno – że nigdy nikomu nie oddam. Sama zaś w książkach wypożyczonych z biblioteki uwielbiałam tropić takie zapiski, karteczki, podkreślenia. Próbowałam wtedy odkryć osobowość wcześniejszego czytelnika. Zastanawiałam się czemu akurat ten fragment podkreślił?